Frosted Plum The Body Shop: Edycja świąteczna.

the-body-shop-frosted-plum

Zbliża się czas świąt Bożego Narodzenia, a co za tym idzie, różne firmy wypuszczają swoje „limitowanki”, które są dostępne raz do roku, właśnie w tym czasie.

Frosted Plum od The Body Shop jest moją ulubioną.

Za każdym razem, gdy tylko mam możliwość, kupuję jakieś produkty z tej linii „na zapas”. Pierwszy raz pojawiła się w sprzedaży dwa lat temu, w ubiegłym roku jej nie było, ale TBS postanowił przywrócić ją w tym roku ze względu na duże zainteresowanie i prośby ze strony klientów.

W skład kolekcji wchodzą:

  • masło do ciała*
  • żel pod prysznic*
  • scrub do ciała*
  • skrzący balsam do ciała
  • kostki do kąpieli*
  • krem do rąk*
  • mydło
  • balsam do ust*
  • skrząca mgiełka do ciała
  • świeca zapachowa**
  • olejek zapachowy**

*produkty, których używam i zamierzam kupić ponownie

*produkty, które chcę wypróbować

Produkty dostępne są pojedynczo lub kilka pełnowymiarowych produktów w zestawach z miniaturkami żelu pod prysznic, skrzącego balsamu do ciała, masła do ciała i myjką.

 

 

Jak dotąd jest to mój ulubiony zapach z TBS. Biorąc pod uwagę wszystkie dotychczasowe świąteczne limitowanki, tylko Frosted Plum nie przysparza mnie o mdłości. Nie jest przesadnie słodki i dusząco waniliowy. Zapach przepełniony jest świeżym śliwkowym musem z nutą słodyczy. Na myśl przychodzi mi placek na kruchym spodzie ze śliwkami węgierkami z babcinego sadu. Jest to jeden z zapachów, w którym możemy znaleźć nuty słodkie i świeże, w zależności od tego jak mocno się zaciągniemy możemy wychwycić również zapach świeżo skoszonej trawy (jestem naprawdę kiepska w opisywaniu zapachów, a to jedyne co przyszło mi do głowy, co w przybliżeniu opisuje to co czuję 😉 ) dzięki której zapach nie znudzi się wraz z końcem produktu.

Jeżeli tak jak ja lubicie świeże, owocowe zapachy, ale zimą chcecie coś „otulającego”, co sprawi, że będziecie błyszczeć (dosłownie!), to serdecznie polecam Frosted Plum. Nie zawiedziecie się!

 

 

Oświadczam, że zdjęcia umieszczone w tym wpisie nie są moją własnością; zostały znalezione w wyniku wyszukiwania i nie mam do nich żadnych praw autorskich.

Reklamy

Po wielu trudach i znojach część II…

Tak, w końcu wróciłam!

Wiem, że trochę mi to zajęło, ale miałam dobrą wymówkę, przysięgam!

Ostatnia notka jest sprzed 4 lat. W tym czasie wieeele się wydarzyło.

Zmieniłam kilka razy pracę, miejsce zmieszkania, kraj pobytu stałego, że o kolorze włosów to nawet nie wspomnę… Jedyny constans (takie mądre słowo mi się przypomniało) w moim życiu to mój facet, a od niedawna narzeczony, który niezachwianie wspiera mnie w moich szalonych planach (to nic, że po jakimś czasie brakuje mi motywacji by je realizować). Dobrze, że przynajmniej hamuje moje szaleństwa zakupowe! (Mówcie co chcecie, ale jakby nie trzymał silnej ręki na moim koncie to co miesiąc przewalała bym całą wypłatę na kosmetyki)

Ale nie o tym miało być!

Wróciłam. Na jak długo? Tym razem nie wiem. Nie będę obiecywać, bo znając siebie będę tu zaglądać od czasu do czasu i coś wrzucać ale bez jakiejś konkretnej systematyczności. Tym razem idę na żywioł i zobaczę gdzie mnie to zaprowadzi.

No to może teraz kilka słów o zmianach.

Ogólny kontekst zostaje – kosmetyki, pielęgnacja, opinie i recenzje. Chciałabym to jednak trochę urozmaicić i wrzucać też coś o paznokciach (bo od kilku lat sama się tym zajmuję amatorsko) i o lokalnych produktach i sklepach (mieszkam w Szkocji obecnie). Zobaczymy jak to się potoczy.

Na pewno planuję wrzucać notki informacyjne raz na jakiś czas, bo szukając informacji przed wyprowadzką takich właśnie mi brakowało. Gdzie co znaleźć, w jakich sklepach, w które produkty warto inwestować a na które szkoda kasy.

Będzie dużo o produktach naturalnych, organicznych, ręcznie robionych; zarówno polskich jak i zagranicznych. Mam qied nadzieję, że każdy kto tu zabłądzi znajdzie coś dla siebie.

Aha, i jeszcze jedno: nie spodziewajcie się tu krasomówczych peanów czy wyszukanych opisów. To nie jest miejsce na wygładzone, dopieszczone, idealnie wyartykułowane i hermetyczne teksty. Z lukrem i wisienką na czubku. Bleh…będzie szczerze, rzetelnie i subiektywnie.

Cytując klasyka:”Tu jest mój kawałek podłogi”…bloga..internetu..(zwał jak zwał) i będę tu pisała po swojemu. Bez przesadnej korekty, pewnie z błędami, które pewnie będę robić (mimo wszelkich starań i mojego wewnętrznego orto i gramar-nazi) z lekko rzucanymi bluzgami tu i ówdzie, bo lubię i bo czasami pasują by się uzewnętrznić (a przecież nic tak dosadnie nie podsumowuje jak soczysta ku*wa rzucona od niechcenia!) Także ostrzegam, żeby później nie było!

No dobra, to teraz tylko musze nauczyć się robić ładne zdjęcia i ruszamy z koksem!

Miłego czytania!

J.

Maybelline Color Tattoo 24H, czyli cienie w kremie nie do zdarcia.

Witajcie po dłuuuugiej przerwie.

Dzisiaj będzie wpis o cieniach, które zapewnie już znacie, a jeśli nie, to zachęcam do zapoznania się z nimi, ponieważ są tego warte!

Mowa, oczywiście o cieniach kremowo-żelowych Color Tattoo 24H.

Color Tatoo 24H

Producent obiecuje:

„Aż do 24 godzin utrzymywania się koloru. Nasza technologia pozwala na stworzenie super – nasyconego cienia. Kremowo – żelowa konsystencja pozwala na łagodne nałożenie cienia, który nie blaknie.”

                                    Z lampą                                     Bez lampy

Tych 24 godzin to taka pewna bym nie była, ale z pewnością przetrwają do 6-8 godzin na powiece bez utraty koloru. Co prawda, nie miałam jeszcze możliwości przetestowania ich na mojej (tłustej) powiece, ale po zrobieniu próbnych kresek na dłoni miałam niemały problem z ich usunięciem, więc jestem dobrej myśli!

                      swach2                           swach3

Korzystając z promocji w Rossmanie -40%, (która była wieeeki temu – wiem) skusiłam się na trzy odcienie:

nr 40 – Permanent Taupe

Permanent Taupe

nr 20 – Turquoise Forever

Turquoise Forever

oraz nr 25 – Everlasting Navy

Everlasting Navy

i jestem nimi oczarowana!

Cienie nakładają się gładko, ładnie rozcierają, jednak trzeba to robić szybko, bo zastygają w oka mgnieniu i później ciężko z nimi cokolwiek zrobić.

Ładnie wyglądają „same” na powiece, ale mogą być używane również jako baza podbijająca kolor. Można je porównać do cieni w kremie Catrice – Made To Stay, których również jestem wielbicielką. Przypuszczam, że w zamyśle producentów miał to być znacznie tańszy odpowiednik Paint Pot’ów MAC’a, ale mogę się mylić 😉

Przeszukując internety w poszukiwaniu zdjęć i informacji na temat tych cieni podłamałam się lekko, ponieważ w Polsce dostępna jest bardzo mocno okrojona kolekcja odcieni, a szkoda, bo chętnie położyłabym swoje łapki na innych odcieniach np. nr 200 – Ready, Steady, Green , nr 30 – Pomegranate Punk, nr 300 Fushia Fever czy nr 40 – Seashore Frosts (zdjęcia odcieni znajdziecie w galerii google na przykład 😉 ) Dodatkowo dziewczynny z innych Krajów mogą również kolekcjonować odcienie z serii limitowanych, których u nas niestety nie ma i raczej się nie zanosi, żeby można było się ich spodziewać. A szkoda…

Oprócz trwałości zaletą cieni jest też gama kolorów i wykończeń.  Dostępne są odcienie matowe jak i metaliczne czy perłowe, więc każdy znajdzie coś dla siebie.

A Wy co sądzicie o tym produkcie? Znacie? Testowałyście? Jak się u Was sprawdzają?

AA make-up starter – recenzja produktu.

Witam, dzisiaj chcę podzielić się z Wami moimi spostrzeżeniami na temat nowości, którą wypatrzyłam podczas wycieczki do Rossmana. Będzie to Oceanic AA Starter matujący pod makijaż. Sprawiłam sobie to „cudo”, bo jakiś czas temu zauważyłam, że podkłady nie utrzymują się … Czytaj dalej

Cud natury, czyli kosmetyki naturalne.

Kosmetyki naturalne. Czym są i dlaczego są takie dobre dla naszej cery i organizmu? Mianowicie dlatego, że do ich produkcji używane są w większości (90%-99%) składniki pochodzenia organicznego, vegańskiego i ze specjalnych ekologicznych upraw. Nie zawierają ŻADNYCH sztucznych składników, SLSów, … Czytaj dalej

Po wielkich trudach i znojach…

…w końcu odważyłam się założyć bloga o tematyce około-kosmetycznej, a co więcej, upublicznić go Wam, drodzy Czytelnicy.
Mam nadzieję, że będziecie zaglądać tu i aktywnie komentować umieszczane przeze mnie treści, do czego serdecznie zapraszam i liczę na interakcję.
Pierwszy post jest przeważnie postem poznawczym, informującym czytelników czego mogą się spodziewać bo Bloggerze w czasie późniejszym…a przynajmniej w mojej opinii powinien być. Dlatego też postaram się przybliżyć Wam odrobinę moją koncepcję.
Otóż, w pierwszej fazie pomysłu bloggowania pojawiła się myśl, że będzie to blog o moich osobistych „musiszmieciach” kosmetycznych, czyli wszystko to, co sprawdza się na mojej wrażliwej, skłonnej do uczuleń, mieszanej cerze, łamliwych paznokciach i mieszanych włosach (tak, można mieć mieszane włosy…tłuste u nasady i suche na końcach…przewalone, nie?) oraz o „niechceszmieciach” czyli kosmetykach i innych produktach, które przysporzyły mnie o tygodnie leczenia podrażnionej i zaczerwienionej skóry, rozdwajanie się paznokci, czy wypadanie włosów i plagę łupieżu… Oczywiście wszystkie wpisy będą przetykane fotografiami danego produktu, opisem producenta i jego obietnicami, moimi spostrzeżeniami itp. itd. Zdjęć łupieżu Wam oszczędzę… 😉
Później naszła mnie refleksja, że przecież tego rodzaju blogóff są tysiące i czym niby mój miałby się różnić od tamtych? No i pierwszy „Zonk”….brak argumentu przesądził o odroczeniu. Dodatkową wymówką w tamtym czasie był zbliżający się termin obrony mojej pracy inżynierskiej, więc musiałam się skupić na nauce.
No, ale w tej chwili mija już miesiąc i tydzień od tamtego pamiętnego dnia, a ja dalej nic nie zrobiłam z moją potrzebą uświadamiania otoczenia o fantastycznych kosmetykach naturalnych, cudownym w skutkach olejowaniu włosów, czy prześlicznym koralowym lakierze, który upatrzyłam sobie ostatnim razem w drogerii!
W końcu postanowiłam jednak się przełamać i tak oto czytacie moją „notkę zapoznawczą”, która mniej – więcej wprowadza Was w mój kolorowy, kosmetyczny świat. I szczerze mam nadzieję, że zostaniecie w nim ze mną na dłużej, bo mam Wam wiele do pokazania i opowiedzenia.
Tymczasem zapraszam do umieszczania w komentarzach sugestii, opinii i pomysłów na kolejne wpisy. Co chcielibyście tu zobaczyć, przeczytać? Może sami macie swoich faworytów, którymi chcielibyście się ze mną „podzielić”? Zapraszam do komentowania! Klawiatura nie gryzie 🙂
Pozdrawiam,
Joanna M.